Wrzesień jak drugi styczeń
Jest taki dzień na przełomie sierpnia i września, kiedy powietrze zmienia zdanie.
Nic wielkiego się nie dzieje. Słońce świeci tak samo, termometr pokazuje to samo, ale coś w świetle robi się bardziej ukośne. Wieczór przychodzi kwadrans wcześniej. Rano trawa jest zimna. I człowiek — bez żadnego powodu, w drodze do sklepu — czuje w brzuchu delikatny skurcz, którego nie potrafi nazwać.
Ja go rozpoznaję. To skurcz pierwszego dnia szkoły. Mam go od trzydziestu kilku lat i podejrzewam, że będę go miał do końca.
Kalendarz, którego nie da się usunąć
Uczymy się myśleć o czasie jak o czymś, co mierzą zegary. Ale ciało mierzy czas inaczej. Ciało pamięta zapachy, długość światła, temperaturę powietrza — i przypina do nich całe rozdziały życia.
Dlatego wrzesień nie jest zwykłym miesiącem. Wrzesień to drugi styczeń: moment, w którym coś w nas domaga się początku. Nowego zeszytu, nowego planu dnia, nowej wersji siebie. Tyle że w styczniu robimy to głośno, przy szampanie i przy postanowieniach, a we wrześniu — po cichu, w samochodzie, po odwiezieniu dzieci do szkoły.
Nikt nie ogłasza wrześniowych postanowień. A jednak prawie każdy je ma.
Wrzesień jest miesiącem, w którym najwięcej ludzi obiecuje sobie, że tego roku będzie inaczej — i nikomu o tym nie mówi.
Trzy rodzaje wrześniowego niepokoju
W gabinecie widzę we wrześniu trzy różne rzeczy, które z zewnątrz wyglądają identycznie.
Pierwsza to tęsknota za formą. Człowiek wraca z wakacji i tęskni nie za morzem, ale za wersją siebie, którą tam był: cierpliwszą, obecną, wolniejszą. O tym pisałem osobno w tekście „Wróciłem z wakacji i jest gorzej”.
Druga to lęk przed oceną. Wrzesień jest miesiącem sprawdzania: czy dziecko sobie poradzi, czy ja sobie poradzę, czy plan wytrzyma. Ten lęk mieszka najczęściej w rodzicach — pisałem o nim w tekście „Pierwsza klasa. Kto tu naprawdę się boi?”.
Trzecia to smutek starzenia. Ta jest najcichsza i najrzadziej wypowiedziana. Wrzesień odlicza. Kolejny rok szkolny, w którym dziecko jest o klasę starsze. Kolejna jesień, w której ta sama rzecz nie została zrobiona. Wrześniowe światło ma w sobie coś z rachunku.
Postanowienie i decyzja
Tu chcę zatrzymać się na dłużej, bo to rozróżnienie uważam za jedno z najważniejszych, jakie znam.
Postanowienie jest o obrazie siebie. „Będę biegał.” „Będę mniej krzyczeć.” „Będę czytać.” Postanowienie mówi o tym, kim chciałbym być, i dlatego jest przyjemne w chwili wypowiedzenia — daje natychmiastową nagrodę bez żadnego kosztu. Postanowienie karmi się entuzjazmem, a entuzjazm ma krótki termin ważności. Zwykle dwa tygodnie.
Decyzja jest o czymś zupełnie innym. Decyzja jest o koszcie. Decyzja brzmi: „w czwartki o dziewiętnastej wychodzę z domu na godzinę i nie ma mnie dla nikogo. Rezygnuję z wieczornego serialu i z poczucia, że jestem dostępny non stop.”
Widzisz różnicę? Postanowienie dodaje. Decyzja odejmuje. Postanowienie jest o tym, co chcę mieć. Decyzja jest o tym, z czego jestem gotów zrezygnować.
Dlatego postanowienia się rozsypują, a decyzje trzymają. Nie dlatego, że mamy za mało silnej woli. Dlatego, że postanowienie nie ma w sobie miejsca na stratę — a każda realna zmiana jest zbudowana ze straty.
To, co nie jest do naprawy
Jest jednak w tym wrześniowym niepokoju coś, czego nie da się rozwiązać żadną decyzją. I dobrze o tym wiedzieć, bo połowa cierpienia bierze się z prób naprawiania rzeczy nienaprawialnych.
Nie da się odwrócić tego, że czas mija. Nie da się dogonić lat, w których nas nie było przy kimś, kto już umarł. Nie da się przeżyć jeszcze raz tych wakacji z dziećmi, które teraz mają dwadzieścia lat i przyjeżdżają na obiad w niedzielę.
Z tym się nie pracuje przez zmianę. Z tym się pracuje przez opłakanie. To nieładne słowo i nie ma dla niego lepszego. Opłakać znaczy: przestać walczyć z faktem i zgodzić się poczuć jego ciężar. Ludzie boją się tego jak ognia, bo wydaje im się, że smutek ich pochłonie. Prawda jest odwrotna: smutek nieopłakany zostaje na zawsze jako napięcie, a smutek opłakany zwykle mija i zostawia po sobie dziwną, cichą czułość.
Wrzesień jako zgoda
Nie mam dla Ciebie planu na wrzesień. Nie wierzę, że dobry felieton kończy się listą pięciu kroków.
Mam natomiast jedno pytanie, które sam sobie zadaję w pierwszy chłodny wieczór. Nie brzmi: „co zmienię?”. Brzmi:
Z czego jestem gotów zrezygnować, żeby to, co dla mnie ważne, miało w tym roku miejsce?
Jeśli odpowiedź brzmi „z niczego” — to nie jest jeszcze decyzja. To postanowienie i rozsypie się w połowie października. Bez wstydu, po prostu tak działa.
A jeśli w tym wrześniu poczujesz, że sam już nie unosisz tego, co niesiesz — to też jest informacja. Bywa, że najzdrowszą decyzją roku okazuje się jedna rozmowa z kimś z zewnątrz. Piszę o tym uczciwie, także o kosztach, w tekście „Terapia kosztuje. A ile kosztuje jej brak?”, a jak wygląda pierwsze spotkanie — na stronie Psychoterapia.
Powietrze zmieni zdanie w tym roku znowu. Prawdopodobnie w któryś czwartek, gdzieś po dwudziestej. Warto wtedy wyjść na dwie minuty przed dom i po prostu to zauważyć. Nie po to, żeby coś z tego wynikało. Po prostu żeby być przy tym obecnym — to jest chyba jedyna praktyka, którą polecam wszystkim bez wyjątku.